Piotr Soboń – o podróżach z przyjaciółmi

Pan Piotr z Oddziału Lubelskiego PSD jest znany z zamiłowania do budownictwa naturalnego wykorzystującego głównie materiały nisko przetworzone, takie jak drewno, słoma i glina. Nie mniej pasjonujące są jednak jego podróże z przyjaciółmi.

Rozmawiała IWONA SZCZEPANIAK – marzec-kwiecień/2019

Czym są dla Pana podróże?

Podróże są dla mnie odskocznią od rzeczywistości, gdzie mogę zapomnieć o codziennych problemach. Możliwo­ścią sprawdzenia, w jaki sposób funk­cjonują ludzie za granicą. Jest to także okazja do zobaczenia innego krajobrazu i w końcu – do odpoczynku i zabawy ze znajomymi.

Kiedy odbyła się pierwsza z wypraw?

Za pierwszą można uznać tę w 2011 roku, gdy za czasów studenckich wyru­szyłem wraz ze znajomymi starym bu­sem zwiedzać Europę Zachodnią. Wcze­śniej wyjeżdżałem do innych krajów, ale były to wyjazdy przede wszystkim w celach zarobkowych, a nie turystycz­nych. Więc można powiedzieć, że od 8 lat regularnie co roku odbywam podróże różnego typu.

Skąd inspiracja akurat na taki sposób podróżowania?

Za czasów studenckich zastanawialiśmy się, w jaki sposób możemy tanio podró­żować. Rozważaliśmy tanie linie lotnicze, pociągi, autostop. Później wpadliśmy na pomysł, że jeśli kupimy dziewięciooso­bowego busa, to koszty będzie można dzielić na wszystkich uczestników. Plan okazał się na tyle dobry, że zorganizo­waliśmy kilka wypraw. Podczas jednego z wyjazdów były nawet dwa busy, więc stanowiliśmy sporą „paczkę”. Sam pro­jekt nazwaliśmy BusiMY.

Kim są Pana kompani w podróżach?

To moi najlepsi znajomi. Długie wyprawy mocno integrują. Podczas takich wyjaz­dów poznajemy zarówno swoje dobre, jak i słabe strony. Uczymy się współpra­cy i osiągania kompromisów. Osobiście wśród towarzyszy znalazłem wspólni­ków do biznesu, a z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że niektóre znajomo­ści przerodziły się nawet w małżeństwa.

Czy według Pana jest różnica między turystą a podróżnikiem?

Turysta kojarzy mi się przede wszystkim z wyjazdami wypoczynkowymi, zorgani­zowanymi przez biuro podróży. Podróż­nik to osoba, która jest rządna przygody. Nieoczekiwane zdarzenia są dla niego najlepszą nagrodą. Jego celem jest in­terakcja z lokalnymi ludźmi oraz mało znanymi miejscami. Dlatego lubię – tak samo jak cała nasza ekipa – podróże, które sami organizujemy. Podczas na­szych wypraw znane atrakcje turystycz­ne zwykle okazywały się mało interesu­jące, a najciekawszymi okazały się te, które przypadkiem znaleźliśmy sami.

Dlaczego zdecydowaliście się na podró­żowanie starym Transitem?

Podczas poszukiwań samochodu de­cydującym czynnikiem była jego bez­awaryjność i cena. Zasięgając opinii w Internecie i wśród znajomych okazało się, że Ford Transit będzie najlepszym wyborem. To faktycznie potwierdziło się podczas wyjazdów.

Mimo przejechanych kilkudziesięciu tysięcy kilometrów nie mieliśmy nigdy awarii, która uniemożliwiałaby nam dal­szą jazdę. Nie jest to popularny model do podróżowania, na przykład w porówna­niu do kultowego Volkswagena „Ogórka”. Jednak znamy inne ekipy, które wybrały właśnie ten samochód i wiemy, że mieli duże problemy z przemieszczaniem się.

Ile krajów do tej pory zwiedziliście?

Nie liczyłem dokładnie, ale pewnie oko­ło 40, z czego niektóre wielokrotnie. Zwłaszcza kraje bałkańskie.

Szukaliśmy różnych sposobów fi­nansowania, braliśmy udział w różnych konkursach, na przykład w teleturnieju telewizyjnym Familiada, gdzie wygrali­śmy w finale. Przed pierwszą wyprawą założyliśmy fanpage na Facebooku. Chcieliśmy na bieżąco pokazywać zna­jomym, gdzie jesteśmy. Lokalne media to podchwyciły. Po każdym wyjeździe montowaliśmy filmy, które cieszyły się w Internecie dużą popularnością. Fil­mik z naszej pierwszej podróży obej­rzało 130 tysięcy osób. O naszym pro­jekcie zrobiło się więc dosyć głośno. Udzielaliśmy wywiadów w telewizji i w innych mediach.

Która z wypraw była najciekawsza?

Zdecydowanie najciekawsza była dwu­miesięczna podróż, podczas której ob­jechaliśmy dookoła Morze Bałtyckie (między innymi Skandynawia, Rosja), a później Morze Śródziemne (w tym Gruzja, Turcja). W sumie podczas tego wyjazdu przejechaliśmy 20 000 km. Był to bardzo intensywnie spędzony czas. Każdego dnia dużo się działo. Najpierw była północ – Skandynawia, potem przyjechaliśmy do Polski, zmie­niliśmy trochę skład i wyruszyliśmy na południe. Zaczęliśmy od Ukrainy, po­tem Krym, Rosja, Gruzja, Turcja, Grecja, Macedonia, Bułgaria, Rumunia, Węgry i Słowacja. Jednego dnia byliśmy nad norweskimi fiordami, później za kołem podbiegunowym u św. Mikołaja, za „chwilę” w Sankt Petersburgu następ­nie w Gruzji, czy gorącej Turcji. Pamię­tam, że później ciężko było wrócić do rzeczywistości. Po powrocie spotyka­liśmy się codziennie przez 2 miesiące.

Zawsze zgodnie decydujecie o kierunku podróży?

Tak naprawdę kierunek wyjazdu to dru­gorzędna sprawa. Ważne, żeby sam wy­jazd doszedł do skutku, o co ze wzglę­dów zawodowych jest coraz trudniej.

Wszystkie wyjazdy wspominam bardzo miło niezależnie od kierunku. Chociaż oczywiście są miejsca, które wspominam lepiej niż inne, na przykład Norwegię, Gruzję czy Gran Canarię.

Czy wszystkie podróże udało się Wam zrealizować?

Po tym „najlepszym” wyjeździe, o któ­rym wcześniej wspominałem mieli­śmy plany, aby wyjechać do Ameryki Południowej. Nie udało się. Myślę, że wtedy było to dla nas zbyt duże wy­zwanie. Jednak mimo wszystko póź­niej jeszcze wielokrotnie wyjeżdżali­śmy wspólnie.

Zdarzają się rozłamy podczas po­dróży, czy dobrze się dogadujecie?

Raczej nie ma większych sporów. Zwłaszcza wśród osób, które są na wyjeździe po raz kolejny. Czasami, gdy braliśmy kogoś nowego, taka osoba po­trzebowała trochę czasu, aby poznać zasady i sposób, w jaki podróżujemy. Mamy dosyć specyficzne poczucie humoru. Najważniejsza jest dobra za­bawa i to, aby wszyscy czuli się dobrze.

Projekt BusiMy zakończyliście, ale pewnie pojawił się już nowy. Z czym się on wiąże?

Tak, podróże busem już zakończy­liśmy. Po sprzedaży Transita każdy kontynuował swoje „wojaże” na różne sposoby (rowerem, samolotem). Póź­niej cztery osoby z ekipy kupiły mo­tocykle. Pojechaliśmy na Mazury. To znowu okazał się to świetny sposób na „wyrwanie” z domu. Ten p rojekt nazwaliśmy MotocyklujeMy. Zachęci­liśmy kolejnych znajomych i obecnie w ekipie jest około 10 motocyklistów. To bardziej wymagające hobby i dość kosztowne. Każdy musi mieć własny sprzęt, strój, intrekom dzięki które­mu komunikujemy się podczas jazdy. Ważne są również umiejętności. Jeśli ktoś nie miał wcześniej do czynienia z jednośladem, zalecamy aby wybrał się na specjalne jazdy doszkalające.

Ile kilometrów do tej pory zrobiliście?

Na motocyklach nie jeździmy aż tak dużo jak Transitem. Każdy z nas ma bardzo ograniczony czas, więc wybie­ramy jakiś cel, do którego chcemy do­stać się jak najszybciej i tam zwiedza­my najbardziej efektowne miejsca. Tak było w tamtym roku, gdy załadowali­śmy motocykle na busa, którym część ekipy dojechała do Chorwacji, a resz­ta doleciała samolotem. Wybraliśmy najpiękniejsze trasy, między innymi: Czarnogóry, Albanii. Długa jazda jest bardziej męcząca, a bezpieczeństwo jest dla nas bardzo ważne, dlatego nie chcemy ryzykować.

Jeśli chodzi o plany na ten rok, to chcemy wybrać się motocyklami do Ru­munii na słynną trasę Transfogaraską. Byliśmy tam w 2011 roku busem i z chę­cią ponownie odwiedzimy to miejsce.

Co Wam zostało po wspólnych wypra­wach oprócz miłych wspomnień?

Po każdej podróży wracamy do zwy­kłego szarego życia, niczym nie wy­różniamy się wśród innych. Ale tego, co przeżyliśmy i zobaczyliśmy, nikt nam nie zabierze. Takie wspomnienia są warte każdych pieniędzy, chociaż my ich akurat dużo nie wydaliśmy. Mamy za to inne podejścia do życia, szersze spojrzenie. Nauczyliśmy się też współpracy z ludźmi, co procen­tuje w tworzeniu relacji w pracy czy w rodzinie.

Napisz komentarz