Firma dekarskaLudzie branży

Historia firmy z pasją, która stała się marką

40 lat minęło jak jeden dzień – tak dziś mogę powiedzieć. Nigdy nie przypuszczałem, zakładając firmę 25 lipca 1985 roku, że będzie to w przyszłości Dzień Świętego Jakuba, patrona dekarzy, a Polskie Stowarzyszenie Dekarzy będzie organizowało w tym czasie Dzień Dekarza. Ale od początku.

Tekst Jacek Mikołajczyk

Historia mojej firmy zaczęła się wiele lat temu, kiedy jako młody, 12-letni chłopak po raz pierwszy postawiłem stopę na dachu. Początkowo była to tylko wakacyjna praca u mojego dziadka, który notabene zaczął robić dachy w 1966 roku. Przypadkiem zabrał mnie do pracy, bo nie dojechał wujek. Szybko się okazało, że dachy mają w sobie coś wyjątkowego. Każdy z nich to inna konstrukcja, inny materiał, inne wyzwanie, a jednocześnie odpowiedzialność za bezpieczeństwo i komfort mieszkańców. Ta mieszanka precyzji, kunsztu i znaczenia sprawiła, że dekarskie rzemiosło zaczęło mnie wciągać coraz bardziej.
W każde wakacje aż do skończenia matury pracowałem z dziadkiem i wujkiem na dachach. Po zdanej maturze w technikum mechanicznym w Sieradzu, sytuacja rodzinna wymusiła na mnie pozostanie na wsi. Zacząłem pracę w Spółdzielni Kółek Rolniczych w grupie budowlanej jako blacharz i tak tyrałem przez 5 lat, lutując rynny, montując parapety, kryjąc dachy na wurstwę, a w międzyczasie w stanie wojennym (wiosna 1981/1983), odbywając służbę w wojsku. Po jej zakończeniu wróciłem do tej samej firmy i pracowałem dalej w grupie budowlanej jako blacharz. Czasem przyszło samemu ustawiać rusztowanie, nie takie czyściutkie jak teraz, lecz po murarzach, więc wyobraźcie sobie, co się działo. To była szkoła życia.
W 1985 roku na wiosnę nieporozumienie z dyrekcją (a jak nie wiadomo o co chodziło, to chodziło o piniondze) doprowadziło do tego, że złożyłem wymówienie. Postanowiłem, że sam zacznę robić dachy. I tak się zaczęło.

Pierwsze kroki jako przedsiębiorca

Początki prowadzenia firmy nie były łatwe. Nie miałem wielkiego kapitału, wszystko zaczynałem od zera: na fuchach w SKR po godzinach, zarabiałem „kasiorkę” i odkładałem. Kupiłem od znajomego Syrenę Bosto (przyp. red. model dostawczy), którą nazwałem ,,Turbo”. Pierwsze nożyce, młotki, pałkę do dobijania blachy zrobiłem sam z drewna akacji i tak powoli zaczęło się wszystko kręcić. Pracowało się do późna, nie było komórek tylko telefon wieczorem dzwonił. Każde zlecenie wymagało ogromnego zaangażowania, bo wiedziałem, że kiedy podpisuje się coś własnym nazwiskiem, nie ma miejsca na półśrodki. Z czasem zyskiwałem doświadczenie, rosła lista klientów z polecenia, a firma zaczynała rozwijać się coraz szybciej. Zmieniało się samochody: po Syrenie była nowiutka Nyska. Aż wreszcie przyszedł czas na Mercedesy, tak zwane kaczki, które częściowo jeżdżą do dziś. W pewnym okresie miałem 20 pracowników, ale zawirowania doprowadziły do tego, że ludzie zaczęli odchodzić. Dziś z tej ekipy zostało dwóch. Teraz oprócz mnie pracuje jeszcze sześciu pracowników w tym syn Mateusz, który tak jak ja, kocha ten zawód i pracę.

Wsparcie rodziny

Moja rodzina od początku wiedziała, że zawód blacharza nie jest ani łatwy, ani bezpieczny. Mieli swoje obawy, ale widzieli też, że praca daje mi satysfakcję i sens. Z czasem przyjęli ją z pełnym zrozumieniem, wspierając mnie w rozwoju firmy i pomagając, kiedy tylko było trzeba. To wsparcie było fundamentem, bez którego trudno byłoby przetrwać trudniejsze momenty. Rodziły się dzieci (mam trzech synów i córkę), ale zawsze rodzina była dla mnie wsparciem. W zawodzie pracuje tylko Mateusz, ale wszyscy synowie już w wieku 12 lat układali dachówkę i do dziś wspominają, że musieli pracować w wakacje, gdy ich koledzy opalali się nad rzeką.

Dziś mam już dziewięcioro wnucząt i to jest największy skarb, jaki może człowiek sobie wyobrazić. I co najważniejsze dwóch wnuczków, dzieci Mateusza, już w wakacje pracuje na dachach. Pokolenie dekarzy rośnie. Tylko czy na pewno zostaną w zawodzie? Czas pokaże.

Od fascynacji do specjalizacji – prace przy zabytkach

Kilka lat po założeniu firmy trafiłem na pierwsze zlecenie związane z renowacją zabytku. To był dla mnie przełom. Praca na historycznych obiektach to zupełnie inny poziom odpowiedzialności: trzeba łączyć współczesne technologie z dawnymi metodami, działać precyzyjnie i z szacunkiem do oryginału. Każdy element musi być zgodny z wymogami konserwatorskimi. Ta dziedzina pokazała mi, jak wiele jeszcze mogę się nauczyć, ile jeszcze wyzwań i rozwiązań przede mną.

Robimy dachy dla prywatnych inwestorów, wspólnot mieszkaniowych, firm, ale prace na zabytkach stanowią jeden z najcenniejszych i najbardziej prestiżowych elementów działalności firmy. Bardzo dużo zleceń na zabytkach robimy z polecenia. Czasem wielu detali nie ma w projekcie i tu dobre doradztwo naprawdę procentuje.

Robimy dachy dla prywatnych inwestorów, wspólnot mieszkaniowych, firm, ale prace na zabytkach stanowią jeden z najcenniejszych i najbardziej prestiżowych elementów działalności firmy.

Dach drewnianego kościoła pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Gruszczycach

Najtrudniejsza realizacja

Kiedy ktoś pyta, czy miałem trudną realizację, zastanawiam się, co może nie sprawiało trudności, ale było dla mnie wyzwaniem. Na targach w Łodzi jeden z odwiedzających zapytał mnie, czy jestem w stanie na niewielkim domku położyć gonty drewniane. Zależało mu na lokalnym wykonawcy. Tak się zaczęła moja przygoda z inwestorem bardzo wymagającym, ale konkretnym.

Na pierwszym spotkaniu okazało się, że jak już gonty drewniane, to może wole oczka i projekt pierwotny poszedł na półkę. Spotykaliśmy się, co jakieś czas i wypracowaliśmy razem fajny daszek, który cieszył inwestora, a dla mnie był sporym wyzwaniem, bo o więźbę się nie martwiłem, ale o gonty na narożach i miękkie kosze już tak. Czego się jednak nie robi, żeby wykonać to po raz pierwszy dla siebie, dla swojej satysfakcji. I poszło. Nie zarobiłem, ale zrobiliśmy to z sercem. Pewnie wolniej niż ekipa górali, ale właściciel na koniec stwierdził, że są jeszcze porządne majstry w tej centralnej Polsce.

Minęło 19 lat od tej roboty, a właściciel od czasu do czasu dzwoni z niewielkim zleceniem. Dziś wiem, że warto było spróbować, zaryzykować i mieć tę satysfakcję, że można „klepnąć” każdy daszek tylko trzeba chcieć.

Gont drewniany na dachu domu jednorodzinnego w Skęczniewie

Najciekawszy projekt

Spośród tak wielu zrealizowanych inwestycji ciężko jest powiedzieć, jaki to najciekawszy dach zrobiliśmy, bo każdy kościół czy pałac wymaga indywidualnego podejścia. Wchodzisz na stare spróchniałe, a zostawiasz nowe przykryte miedzią lub dachówką.

Praca na zabytkach, choć nie tylko, sprawdza cierpliwość, umiejętności i wiedzę całego zespołu. Kiedy kończysz kościół, zakładasz kulę z kapsułą czasu, krzyż, zawsze czujesz ogromną satysfakcję – i to jest jeden z tych momentów, dla których warto wykonywać ten zawód. Kwintesencją wszystkiego są cieple słowa od konserwatora i inwestora o dobrze wykonanej pracy.

Kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Dzietrzkowicach

Dlaczego Polskie Stowarzyszenie Dekarzy?

W 2000 roku będąc na targach w Łodzi przypadkowo poznałem Józefa Grobelnego i tak to się zaczęło kręcić do dziś. Pierwsze zebrania w Łodzi w Gro-dachu u Józefa, wyjazdy na rajdy, spotkania z kolegami po fachu to jest to, czego każdy blacharz potrzebuje. Dołączenie do Polskiego Stowarzyszenia Dekarzy było naturalnym krokiem w dalszym rozwoju mojej firmy. PSD daje możliwość wymiany doświadczeń z najlepszymi fachowcami w kraju, dostęp do szkoleń, nowoczesnych technik i materiałów. To również potwierdzenie dla klientów, że firma działa zgodnie ze standardami i stale podnosi swoje kwalifikacje.

Człowiek potrzebuje pasji

Zawsze moim marzeniem była jazda na motocyklu, bo za młodu wujek – ten od dachu – przyjeżdżał do pracy WSK. Zostawiał ją na podwórku u dziadka, a ja do kuźni wyklepać gwóźdź jako kluczyk i się jeździło po wsi. Od 13. roku życia śmigało się na „motórze” i zawsze sobie mówiłem: jak zrobię prawko, to kupuję motocykl. Trochę długo trzeba było czekać. Żona, dzieci, dom, aż wreszcie nadszedł ten dzień i się zaczęło.

Motocykl z filmu MAD MAX, USA, Los Angeles, 2018

Dziś motocykle dają mi poczucie wolności i przestrzeni. Mam trzy sztuki („Harego”, „Fajerkę” i „Urala”) i chyba wszyscy wiedzą, co te skróty znaczą. Trochę świata już się zwiedziło. Przejechałem kultową starą trasę Route 66 w Ameryce dwa razy, Australię, Tasmanię, trochę Europy. Super jest móc tak jeździć i zwiedzać.

Z motocyklem jest też związana moja działalność charytatywna. Opiekujemy się domami dziecka, organizujemy coroczny Piknik Motocyklowy ze zbiórką na pomoc chorym dzieciom, organizujemy choinki, przejażdżki z dziećmi, czyli pasja zrodziła coś dobrego.

Drugą i też ważną pasją w moim życiu jest morsowanie. W tym roku mija 15 lat jak zacząłem. To mój sposób na hartowanie charakteru i utrzymanie dobrej kondycji. Dzięki temu zachowuję równowagę między życiem zawodowym a prywatnym. Od listopada, kiedy sezon zaczyna się tak na poważnie, staram się – oprócz prawie codziennych kąpieli – morsować ze znajomymi w naszej sieradzkiej Warcie w każdą niedzielę w samo południe aż do pierwszego dnia wiosny. Naprawdę, polecam każdemu, bo o własne zdrowie trzeba dbać.

Przepis na długo działającą firmę

Fundamentem mojego sukcesu jest kilka prostych zasad:

  • uczciwość w relacjach z klientem (będziesz ściemniał, to klient to wyczuje);
  • solidność wykonania (trzeba kontrolować nawet samego siebie);
  • stałe podnoszenie kwalifikacji (ludzie i Ty musicie być na bieżąco);
  • otwartość na nowe technologie (musisz czytać, słuchać, szukać, pytać) oraz
  • ludzie (dobra ekipa to serce każdej firmy).

Pamiętaj, że ludzie to firma, a firma to Ty. Dzięki temu przez lata udało się stworzyć markę, która kojarzy się z jakością, rzetelnością i pasją do rzemiosła. Nigdy nie jest idealnie, ale zawsze może być lepiej.
Co dalej, gdy zbliża się emerytura? Choć formalnie już na niej jestem od 14 listopada 2025 roku, nie wyobrażam sobie całkowitego odcięcia od zawodu. Nadal pracuję, bo – jak to się mówi w naszej branży – prawdziwy rzemieślnik pracuje całe życie. Staram się przekazywać swoją wiedzę mojemu synowi Mateuszowi. Kiedyś firma przejdzie w jego ręce.

Praca dekarza to zawód wymagający nie tylko fizycznie, ale też czasowo. Były okresy, gdy praca wypełniała praktycznie całe dnie, a czas dla rodziny musiał być mądrze dzielony. Mimo tego, dzięki wsparciu bliskich i dobrej organizacji, udało się zachować równowagę. Choć, jak tak twierdzi moja żona Ela, jestem pracoholikiem. Ale co ja na to poradzę, że kocham swoje dachy.
To wszystko.


JACEK MIKOŁAJCZYK
Mistrz blacharstwa; członek Oddziału Łódzkiego Polskiego Stowarzyszenia Dekarzy i przewodniczący Komisji Rewizyjnej. Prezes Stowarzyszenia Motocyklistów ,,Sieradzanie”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecane Artykuły

Back to top button

Zapisz się do Newslettera

Najświeższe informacje z branży dachowej, wprost na Twojego maila. Nie przegap nowości, merytorycznych artykułów, ciekawostek o dachach.

chwileczkę

Dziękujemy za zapis