Dachy pod opieką konserwatorską. Przypadek błędu technicznego
Jedną z ciekawszych branż, w jakich przychodzi nam działać, albo z którą się zazębiamy, jest branża konserwacji zabytków. Tak, wiem. Wchodzę na grząski grunt.
Tekst i zdjęcia PRZEMYSŁAW SPYCH, ANATOMIA DACHU
Jaki wariant odcieni danego koloru ze wskazanej palety barw tak zwanych ziemistych ciepłych ma mieć dach? Wiemy wszak, że dla prawdziwego mężczyzny kolory są – dyplomatycznie rzecz ujmując – problematyczne w nazywaniu i najodpowiedniejsza paleta barw dla mężczyzny powinna mieć tylko dwa kolory. Fajny. Niefajny. Koniec.
Tym nieco humorystycznym i przekoloryzowanym wstępem chcę zwrócić uwagę, że na zagadnienie natury powiedzmy estetycznej, ale też technicznej, konserwatorzy (powiatowi, miejscy, wojewódzcy) mają swoje spojrzenie i jest ono ani lepsze, ani gorsze, tylko inne. INNE aspekty są dla nich istotne. Wyobrażasz sobie na zamku w Malborku dachówkę betonową? Wyobrażasz sobie na gdańskim Żurawiu blachodachówkę wiśniową? A na Kościele Mariackim „click”? Ja nie. A jeśli nawet to sobie wyobrażę, to efekt mojego wyobrażenia jest – no cóż – wizualnie straszny, a werbalnie – niecenzuralny.
Gont gontowi nierówny
Nieco mniej spektakularnymi, ale regionalnie bardzo ważnymi tematami z pogranicza branż są zakopiańskie, a w zasadzie podhalańskie budynki, wille i chałupy kryte gontem. Gont – obecnie wytwarzany maszynowo – nie jest pokryciem dachowym o zadowalającej trwałości i wymaga okresowych prac konserwacyjnych. Konserwacyjnych, nie konserwatorskich. Nowo budowane obiekty są kryte na Podhalu najczęściej blachodachówką z kruszywem kształtem bardziej lub mniej przypominającą gont. Nazw produktów wymieniał nie będę. Trwałość nieporównywalna z gontem drewnianym i, co dla właściciela budynku ważne, nie wymaga konserwacji przez dekady. No, ale znów poproszę o przypomnienie sobie jednego obiektu zakopiańskiego krytego gontem. Stary Kościółek na Pęksowym Brzyzku. Tak, ten drewniany przy starym cmentarzu. To najstarszy kościół w Zakopanem. Teraz wyobraź sobie, że jest pokryty gontopodobną blachodachówką z kruszywem. Albo bez kruszywa. Dreszcz po pleckach przeszedł? No właśnie. Takich obiektów jest na Podhalu wiele. Parę z nich o wyjątkowej urodzie zostało taką wymianą pokrycia wręcz oszpeconych. Przykładem niech będzie Czerwony Dwór przy ulicy Kasprusie. To obiekt wyjątkowej urody wybudowany w stylu zakopiańskim w latach 1901-1902. Willa ta była oryginalnie pokryta czerwoną dachówką ceramiczną. Nazwana została „Władysławka”. Nazwę „Czerwony Dwór” otrzymała od kolejnej właścicielki, która dach pokryła blachą malowaną na czerwono. Od lat 50. dwudziestego wieku mieściło się tutaj przedszkole, do którego odprowadzałem jeszcze nie tak dawno moją córkę. Od roku 2016 w budynku tym mieści się centrum kultury promującej sztukę rodzimą i pokryty on został czerwoną blachodachówką z kruszywem mineralnym. Blachodachówką w kształcie „karpiówki”. Z całym szacunkiem do tego w sumie świetnego produktu… No cóż, starsi pamiętają wyroby czekoladopodobne. Nie to pokrycie na tym budynku.
Zatem jest dylemat. Spacerując ulicą Kościeliską podziwiamy stare (wpisane do rejestru zabytków), piękne i zadbane drewniane chałupy kryte gontem z kwiatami na gankach. Chcemy, aby takie widoki cieszyły nasze oczy i dusze. Regionalizm, klimat, autentyczność. Po to – między innymi – zwiedza się różne miejsca, także Podhale i Zakopane. Ale większość rodzin w tych domach mieszkająca raczej marzyłaby o pokryciu dachowym niewymagającym ciągłego dbania i nakładów finansowych na częste konserwacje. Zmiana pokrycia na gontopodobne zmienia wyraz, charakter, urodę budynku. No właśnie. Wilk głodny, a owca chudziutka.
Branży konserwatorskiej zależy na utrzymaniu tak zwanej substancji zabytkowej. Ta substancja to zespół oryginalnych elementów materialnych, takich jak mur, drewno, detale architektoniczne, polichromie itp., które przetrwały w danym obiekcie i są nośnikiem jego wartości historycznej i autentyzmu. A my jako turyści podziwiający takie obiekty, ten brak autentyzmu wychwycilibyśmy szybko. Przykładem niech będzie Czerwony Dwór, który właśnie ten autentyzm utracił przez jednak sztucznie wyglądające (nienaturalnie, nieautentycznie) tu, na tym obiekcie pokrycie dachowe. Skądinąd pokrycie solidne.
Jeśli cała, wszelaka wiedza, umiejętności i doświadczenie na temat dachów znajduje się na jednym piętrze jakiegoś gmachu, to architekci, konstruktorzy, konserwatorzy, technolodzy materiałowi, budowlańcy, cieśle, dekarze, blacharze i inni specjaliści, mają swoje oddzielne pokoje. Szkoda po prostu, że się nie spotykają.
Kontrowersyjne decyzje konserwatorów zabytków
Pokrótce i pobieżnie omówiłem pewien wizualny aspekt dachów na obiektach zabytkowych, to teraz przejdę do czysto technicznych spraw dotyczących budowy przegrody dachowej i pokażę na konkretnym przypadku jak konserwator zabytków poszedł błędną ścieżką. Najpierw jednak coś usystematyzuję.
Konserwator zabytków to ktoś, kto skończył stosowną uczelnię w dziedzinie konserwacji zabytków, na przykład kierunek „Konserwacja i restauracja malarstwa i rzeźby polichromowanej” lub „Konserwacja i restauracja rzeźby kamiennej i detali architektonicznych”. Albo skończył kierunek „Konserwacja zabytków architektury i urbanistyki”. Taka osoba może prowadzić działalność gospodarczą jako konserwator zabytków i wykonywać prace konserwatorskie, na przykład rzeźb. Konserwator zabytków to także funkcja i stanowisko w stosownym urzędzie. Mamy konserwatorów zabytków powiatowych, miejskich i wojewódzkich. O tych wszystkich osobach mówi się „konserwator”. I teraz wracam do historii.
Otóż, znajomy architekt poprosił mnie, abyśmy razem wzięli udział w pewnym spotkaniu, na którym będzie rozmowa o zakresie prac remontowych (wymagających inwentaryzacji i projektu) na obiekcie użyteczności publicznej, będącym pod pieczą konserwatora zabytków (urząd). Bazą było sporych rozmiarów opracowanie dotyczące szerokiego zakresu robót, wykonane przez pewną pracownię konserwatorską (firma). Budynek znajduje się na Podhalu i dach jest kryty gontem. Przeglądając to opracowanie znalazłem ciekawy zapis, pewną wytyczną dotyczącą dachu, zalecenie techniczne. Na budynku w okresie zimowym w okapie pojawiało się oblodzenie. To oblodzenie zagrażało rynnom, ludziom i samochodom (budynek ma trzy kondygnacje) oraz mogło wpływać na trwałość samego gontu. W tym opracowaniu (sporych rozmiarów jak wspomniałem) było wpisane jako rozwiązanie problemu zamontowanie w rynnach kabli grzewczych. Spytałem w stosownej chwili, aby nie przeszkadzać w rozmowach, czy możemy wejść na strych. Oczywiście zostałem tam zaprowadzony.
Strych jak strych. Nawet porządek tam był. Dach na strychu nie był jednak przegrodą dachową, a budynek (no w końcu zabytek, więc nienowy) nie był zbudowany według najnowszych „trendów” technicznych. Dach na samym strychu nie był zaizolowany. Na krokwiach niczym nieosłonięta membrana dachowa otwarta dyfuzyjnie, kontrłaty, łaty i gont. Strop drewniany (cały budynek jest drewniany i przyjemnie skrzypiący) nie był zaizolowany odpowiednio lub wcale i na strych przedostawał się strumień ciepła. No i dach w tej strefie był zimą ciepły, śnieg wytapiał się na pokryciu dachowym, a spływająca woda zamarzała w okapie. W sumie sprawa jest prosta i zrozumiała, ale osoba opracowująca te zalecenia jest specjalistą w innej branży.

No i mamy sytuację taką, że jeśli złamiesz nogę i masz gorączkę, to tę gorączkę przecież widać, a złamania – nie (oczywiście upraszczam). Czy złamanie w takim razie będziemy leczyć aspiryną? Pacjent mówi, że go boli tutaj, a nie tam, że złamał albo chyba złamał nogę. Domy nie mówią, dachy nie mówią. One pokazują, że coś jest nie tak.
Co z tego wynika? Że „oni się nie znają”? Ci konserwatorzy, ci architekci, ci „oni”. Czego ich tam uczą, tych takich i owakich. No nie znają się często na jakiejś innej dość specjalistycznej dziedzinie, po której jednak czasem muszą się jakoś poruszać, bo o nią „zahaczają” w swoich specjalnościach. Albo inaczej. Jeśli cała, wszelaka wiedza, umiejętności i doświadczenie na temat dachów znajduje się na jednym piętrze jakiegoś gmachu, to architekci, konstruktorzy, konserwatorzy, technolodzy materiałowi, budowlańcy, cieśle, dekarze, blacharze i inni specjaliści mają swoje oddzielne pokoje. Szkoda po prostu, że się nie spotykają. Konserwatorzy zatem często nie znają specjalistycznych rozwiązaniach rzemieślniczych lub nie mają tylu obserwacji, co dobry rzemieślnik zajmujący się dachami od dekad. Tak jak ja nie znam się na konserwacji zabytków, na zabezpieczaniu wiekowego drewna i na szczelności dachów łodzi podwodnych. Nie znam się też na skokach narciarskich i taktyce w piłce nożnej. Zresztą nie tylko w piłce nożnej. A loża szyderców kusi.
Najważniejsza jest rozmowa
Jeszcze mała, ale ważna refleksja. Jakże przyjemnie jest pokazać, że ktoś się nie zna, a ja się znam – nieprawdaż? Zwłaszcza, jak jest duża niezorientowana w temacie publiczność. Kluczem rozwiązującym ten szerszy problem jest wzajemne zrozumienie, zadawanie pytań i szukanie odpowiedzi lub podpowiedzi u specjalistów z konkretnych dziedzin. To działa w obie strony (konserwator-dekarz, architekt-dekarz, konstruktor-dekarz itd.). Kluczem jest rozmowa i trzy najważniejsze narzędzia: kartka papieru, ołówek i herbata. A… zapomniałbym. I czas, który trzeba poświęcić. Mówiłem o tych trzech najważniejszych narzędziach na jednym z filmów na kanale Anatomia dachu. Ma bardzo mało wyświetleń. W sumie oczywiste.
A czy zauważyłeś, że na tym strychu membrana nie jest zasłonięta i wpada tam bezpośrednie światło słoneczne? Co z tą membraną? O tym następnym razem.










